Harry Potter i Czara Ognia

Tytuł: Harry Potter i Czara Ognia (Harry Potter and the Goblet of Fire)

Autor: J.K. Rowling

Tłumaczenie: Andrzej Polkowski

Czyta: Piotr Fronczewski Wiktor Zborowski

Wydawnictwo Media Rodzina

Czwarty rok nauki Harry’ego i przyjaciół w Hogwarcie. Powieść wyraźnie dłuższa od poprzedniczek i miejscami przynudza. Przede wszystkim przypominaniem tego, co było w poprzednich tomach, na wypadek jakby czytelnikowi się zapomniało (miało prawo, w końcu powieści wychodziły rok po roku, później nawet z dłuższym przerwami) albo gdyby zaczynał od środka. Jednak nie tylko to. Nudny jest już sam początek… chyba że kogoś interesują rozgrywki quidittcha na poziomie międzynarodowym. Później nieco przydługie i średnio ciekawe rozgrywki turnieju trójmagicznego. Jednak to tylko drobne mankamenty.

Nie tylko długość odróżnia Harry’ego Pottera i Czarę Ognia od wcześniejszych części. Można powiedzieć, że ten tom otwiera nowy etap walki z Sami-wiecie-kim. Lord, którego imienia nie można wymawiać odzyskuje bowiem ciało (cóż z tego, że bez nosa, w końcu nie urodą uwodzi on swoich śmierciożerców) i postanawia na poważnie rozprawić się z tym, z którego nie udało mu się zabić kilkanaście lat wcześniej. Skoro zaś mamy do czynienia z tomem czwartym z siedmiu, od razu wiadomo, że mu się to nie uda. Przynajmniej jeszcze nie w tym tomie. Jednak skoro już Czarny Pan pojawił się we własnej, cielesnej osobie, Rowling odstąpiła do ukazywania zdarzeń tylko z perspektywy Harry’ego.  Teraz, przynajmniej chwilami, możemy obserwować poczynania antagonisty młodego czarodzieja.

Czwarta część jest także pierwszą częścią, w której ginie jeden z bohaterów. Oczywiście żaden z tych, do których czytelnik zdążył się już przyzwyczaić a nawet polubić, ale skoro ofiarą jest jeden z uczniów Hogwartu, oznacza to, że Rowling poważnie traktuje swoich czytelników i nie próbuje im wmówić, że walka dobra ze złem obywa się bez ofiar z pierwszej ze stron. Tak swoją drogą, jak na ludzi, którzy siebie określają mianem śmierciożerców, i którzy celują w okrucieństwie, taka Avada kedavra to całkiem humanitarny sposób wyprawienia człowieka na tamten świat. Gdyby tak jeszcze rzucana była niewerbalnie, to o takiej śmierci można tylko pomarzyć.

Niespodziewanie na główną postać drugoplanową wyrasta tutaj Cedrik Diggory. Zdaję sobie sprawę, że Rowling chciała aby żaden z domów Hogwartu nie był gorszy od innych. Jednak już z charakterystyki domów według Tiary Przydziału, z której wynikało, że do Huffelpuffu idą nie ci superinteligentni, nie ci dzielni ani nawet sprytni, tylko pozostali, którzy po prostu chcą się uczyć, można domniemywać, że puchoni nie wyróżniają się niczym szczególnym. Tymczasem Cedrik potrafi doprowadzić swoją drużynę quiddditcha do zwycięstwa i otwarcie przyznać, że to nie jego zasługa. Także to jego wybiera Czara na reprezentanta Hogwartu w Turnieju Trójmagicznym, w którym radzi on sobie nie gorzej od Harry’ego. Generalnie wszystkie jego cechy (dzielny, prawy, uczciwy, zdolny) sprawiają, że zdaje się bardziej pasować do Gryffindoru niż taki na przykład Ron czy Neville Longbottom. Tego drugiego właśnie widziałam raczej w Huffelpuffie niż w Gryffindorze… Hermionę też widziałam raczej jako krukonkę niż gryfonkę. No, ale gdyby całą trójkę rozrzucić po trzech różnych domach, trudniej by im było współpracować. Choć koncept trzech domów przeciwko ślizgonom bardziej pasowałby do historii Hogwartu. Tymczasem mamy Gryffindor przeciw Slytherinowi i pozostałe domy kibicujące temu pierwszemu.

Drugą postacią, która zwróciła (chyba nie tylko moją) uwagę była Fleur Delacour. Początkowo gwiazdorska, później pokazała, jak bardzo potrafi kochać najbliższych. Jak się później okaże – nie tylko krewnych. Trudno też się dziwić, że na początku ciągle narzeka…  Na Polskę też narzekają przybysze z Europy Zachodniej, że zimno, pochmurno i ponuro.

Chociaż już w trakcie pierwszej lektury Harry’ego Pottera i Komnaty Tajemnic domyślałam się, kogo Rowling przeznaczyła na partnerkę życiową tytułowego bohatera, czwarty tom serii dał mi nadzieję, że może się mylę, że może Harry jednak zwiąże się z Cho… O tym bowiem, że Ron będzie z Hermioną byłam przekonana już od pierwszego tomu. Jednak w sumie nie dziwi, że dopiero tutaj Ron zorientował się, że Hermiona jest dziewczyną. Wygląda na to, że Hermiona o tym, że Ron jest istotą płci przeciwnej i co więcej, istotą, która jej się podoba, wiedziała już wcześniej…

Pojawia się tutaj też jeden z moich ulubionych przeciwników Czarnego Pana… przy okazji dowodząc tego, że jakim paranoikiem byś nie był, żadne środki bezpieczeństwa nie uchronią cię przed zamachem. Owym ulubieńcem jest oczywiście Alastor Moody. Nie ważne, że tutaj to podróbka. Grunt, że bardzo dobra podróbka, skoro nikt nie był w stanie odróżnić go od oryginału. I nie ważne po której stał stronie – skutecznie potrafił uczyć obrony przed czarną magią.

Trochę późno, ale dopiero przy okazji lektury tego tomu zastanowiła mnie rodzina Weasleyów. Niby rodzice biedni, bo ojciec bardziej niż robieniem kariery zajmuje się oddawaniu swojej pasji, matka zaś ciągle rodzi, więc nie bardzo ma czas zająć się zarabianiem pieniędzy. Nie potępiam, wiele rodzin tak żyje. Ale skoro jeden z braci zarabia całkiem przyzwoite pieniądze, to mógłby chociaż szatę wyjściową czy nową, przyzwoitą miotłę najmłodszemu kupić. Jednak o tym, żeby Ron dostawał prezenty świąteczne od pracującego rodzeństwa nie ma ani słowa, chociaż Weasleyowie to niby bardzo zgrana, trzymająca się razem rodzina… No, ale może w Anglii nie tak okazuje się uczucia rodzinne. Jednak Ron nie ma prawie nic nowego: szczura i różdżkę odziedziczył po starszym rodzeństwie, szatę wyjściową mama kupuje mu w lumeksie… ale podręczniki ma każdego roku kupowane, jakby nie mógł odziedziczyć po starszych braciach. Podobnie po podręczniki idzie Ginny do Esów i Floresów, chociaż też wszystkie z wyjątkiem podręczników obrony przed czarną magią z drugiego tomu, mogłaby po Ronie odziedziczyć. W końcu w Hogwarcie program nie zmieniał się tak szybko jak w polskich szkołach. Percy zaś, od początku największy dupek w rodzinie, pokazał, że jeśli ktoś myślał, że większym dupkiem już być nie można – mylił się. Ta cecha z wiekiem pogłębia się u byłego prefekta naczelnego.

Turniej Trójmagiczny był rywalizacją trzech największych europejskich szkół magii. I tak się zastanawiałam, czy polscy młodzi czarodzieje kształcą się w Durmstrangu czy raczej Polska ma swoją własną, nieco mniej znaczącą, choć niewątpliwie mającą o sobie jak najlepsze mniemanie, szkołę magii. Czemuś obstawiam to drugie, choć J.K. Rowling może sobie takimi sprawami w ogóle głowy nie zaprzątać. Jednak ciekawie by było, gdyby uniwersum Harry’ego Pottera rozszerzyć o opowieści z innych szkół magii. Tylko wątpię, by Brytyjka pod tym względem była tak otwarta jak Dymitrij Głuchowski, który stworzył uniwersum Metro i nie ma nic przeciwko powieściom, których fabuła rozgrywa się w innych krajach, choć zapoczątkowana jest tymi samymi wydarzeniami. Tymczasem fanom Pottera i świata magii, w którym żyje, pozostają fan-fiki.

Harry Potter i Czara Ognia w wersji audio różni się od wszystkich pozostałych części serii. Jest jedyną, której nie czyta Piotr Fronczewski. Głęboki głos Wiktora Zborowskiego także znakomicie podkreśla klimat czytanej lektury. Tylko dlaczego nazwisko prof. Lupina nagle zaczyna brzmieć z francuska? Czepiałam się, że w poprzednim tomie głupio brzmiało Lapin się upił… ale przynajmniej można się domyślić, że to miała być rymowanka. Gdyby zaś …i Więźnia Azkabanu czytał Zborowski, to tekst Lipę się upił brzmiałby cokolwiek idiotycznie, zwłaszcza jako wyśpiewywana pioseneczka. I jednak, jak tu próbować rzucać zaklęcia w domu, kiedy nie wiadomo, czy zaklęcie przywołujące brzmi akcjio (wg Fronczewskiego) czy aczczio (wg Zborowskiego)? Z innymi zaklęciami rzecz się ma podobnie. Lord, którego imienia nie wolno wymawiać uśmierca zaś Cedrika  a v a d ą  k e d a v r ą  w takim tempie, że uśmiercany spokojnie zdążyłby w tym czasie zbiec z linii zaklęcia, zajść atakującego od tyłu, obezwładnić i na wszelki wypadek jeszcze rzucić zaklęcie tarczy. Ale tak poza tym, a może nawet włącznie z tym, Harry’ego Pottera słucha mi się przyjemnie w interpretacji obu aktorów… choć do Fronczewskiego jeszcze się przyczepię. Zostały mi w końcu jeszcze trzy tomy do omówienia.

Reklamy

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii audiobooki i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Harry Potter i Czara Ognia

  1. LordVoldemord pisze:

    Wybacz, ale w II tomie jest mowa, że książki kupują z drugiej ręki, przecież gdyby były nowe to dziwne by było, że Ginny znalazła ten dziennik, nie? A znalazła go w właśnie używanej książce, którą jej rodzice kupili.

    • Jukka Sarasti pisze:

      Nie ma czego wybaczać, po prostu powinnam pominąć słowo „nowe”. Chodziło o to, że nie wiem po co w ogóle kupowała młodszemu rodzeństwu podręczniki, skoro te już były w domu. Skoro Harry mógł korzystać z podręcznika wcześniej należącego do Księcia, który był z rocznika jego rodziców to znaczy, że podręczniki nie były zbyt często aktualizowane. A Lucjusz mógł podrzucić Ginny dziennik do kupowanych z drugiej ręki ciuchów – wszak w jakiejś starej szacie też mogła się inna staroć zaplątać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s