Beksińscy. Portret podwójny

BeksińscyTytuł: Beksińscy. Portret podwójny

Autor: Magdalena Grzebałkowska

Czyta: Jacek Rozenek

Wydawnictwo Znak oraz Audioteka. pl, 2016

Malarstwo Zdzisława Beksińskiego znałam od dawna. Od Roku 1984. Konkretnie od tego wydania powieści George’a Orwella, obwolutę której zdobiła reprodukcja jednego z obrazów polskiego malarza. Wówczas zakochałam się w tym malarzu. Pamiętam też, jakie wrażenie zrobiła na mnie tez jego śmierć. Nie chodziło mi jednak o to, że jeden z moich ulubionych twórców nie żyje, tylko o sposób w jaki odszedł.

Nie wiem czy kiedykolwiek zetknęłam się z Tomaszem Wampirem Beksińskim. Znany mi był tylko ze słyszenia. Słyszałam o nim jako o jednej z legend Programu III Polskiego Radia. Jeśli słyszałam jakieś jago audycje czy czytałam któryś z felietonów publikowanych w Tylko Rocku (który czytywałam w latach, w których Wampir tam pisywał) to nie zwróciłam na niego uwagi.

Tak naprawdę po biografię Beksińscy. Portret podwójny autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej sięgnęłam, by się przekonać czy rodzina Beksińskich rzeczywiście była tak chora, jak się czasami mówiło, czy po prostu ludzie są skłonni krytykować to, czego nie rozumieją. I może po to, by dowiedzieć się czegoś więcej o innych niż malarstwo pasjach Zdzisława.

Tytuł Beksińscy. Portret podwójny mówi wszystko o formie biografii. Poznajemy życie Zdzisława od wczesnego dzieciństwa a gdy na świecie pojawia się Tomek, opisywane są na przemian dzieje ojca i syna. Matka pojawia się jedynie w tle… z tym że jest to takie tło, bez którego nie byłoby obrazu. Nie są to proste biografie w stylu: urodził się w … roku, chodził do takich to a takich szkół, ożenił się… etc. Dziennikarka stara się ukazać obu artystów tak, jak widzieli ich bliżsi i dalsi znajomi, nie dociekając, która z przedstawianych wersji jest prawdziwa. Posiłkuje się także listami i zapiskami obu swoich bohaterów.

Z całą pewnością należy stwierdzić jedno – Grzebałkowska solidnie przyłożyła się do swojej pracy: udało jej się skontaktować niemal ze wszystkimi ludźmi, którzy w swoim życiu zetknęli się z Beksińskimi. Owszem, nie z każdym udało jej się porozmawiać, nie każdy chciał się wypowiadać, jednak i te osoby zostają wspomniane. Nie zawsze z nazwiska, czasem tylko w formie informacji, kim był ów człowiek dla któregoś z Beksińskich i dlaczego nie chciał się wypowiedzieć.

Rodzina, jaka się wyłania z opisów ludzi najbliższych Beksińskim rzeczywiście jawi się jako nienormalna (cokolwiek pod pojęciem „normalny” można rozumieć): wychowany na – jak to sam ujął – białego sahiba Zdzisław nie przepada za ludźmi, poza tym pełen jest różnych natręctw i fobii. Jednak, choć stać go na dobrą fachową opiekę dla starych już i schorowanych: matki i teściowej, sam podejmuje się opieki nad nimi… by odpokutować grzechy ojca. Kiedy takiemu człowiekowi przydarzy się dziecko, musi mieć ono naprawdę dobrą matkę, by wyrosło na  człowieka. Tymczasem Zofia Beksińska była z tych matek, które swoją miłością więcej złego niż dobrego robią potomstwu.

Fakt, że autorka z dużym zaangażowaniem podeszła do swojej pracy i że stworzyła naprawdę rzetelną biografię dwóch niebanalnych mężczyzn nie oznacza, że książka mnie zachwyciła. Tak jak nie czytuję tabloidów, tak i nie lubię biografii w których ukazuje się te listy czy dzienniki bohaterów, które mogą ich w jakiś sposób poniżyć. Nie twierdzę, że o zmarłych to albo dobrze albo wcale, ale pewne fakty, które tak naprawdę raniły samych bohaterów biografii można by przemilczeć, albo po prostu o nich tylko wzmiankować zamiast szeroko opisywać. Tymczasem Grzybałkowska szeroko rozwodzi się nad relacjami Tomasza Beksińskiego z kobietami. Co ciekawe, żadna z nich nie zgodziła się wypowiadać z nazwiska, ale przesłać listy od byłego adoratora, w których ten w poniżający dla niego sposób błaga o wybaczenie czy prosi o odnowienie związku to już się nie wahała. Tak jak i dziennikarka nie wahała się cytować tych listów. Zastanawiam się, czy gdyby Zdzisław Beksiński nie uszanował woli syna i nie zniszczył po jego śmierci nagranych, podobno bardzo osobistych dzienników, to i one by się znalazły w biografii? No, ale na to pytanie na szczęście nie da się poznać odpowiedzi.

Początkowo o interpretacji Jacka Rozenka myślałam: przyzwoita, ale nic ponadto. Z czasem jednak wydawała mi się coraz lepsza. Oczywiście nie powiem wybitna, ale biografii czy generalnie literatury non-fiction raczej nie da się czytać w sposób wybitny. Chociaż – może jeśli praca jest napisana takim językiem, że czytając można by zasnąć a lektor potrafi sprawić, by słuchało się z zainteresowaniem, to jest to interpretacja wybitna? W każdym razie nawet w trakcie czytania Beksińskich usnąć byłoby raczej trudno, bo to dobrze napisana książka, więc wybitnego lektora nie potrzebuje. Wystarczy jej dobry czy bardzo dobry. Przy całej mojej sympatii do Krzysztofa Gosztyły i paru innych, charyzmatycznych lektorów, uważam, że stanowczo mniej by się oni nadawali do czytania tej książki niż nie przesadzający z ekspresją Jacek Rozenek.

Reklamy

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii audiobooki i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Beksińscy. Portret podwójny

  1. Pingback: Ostatnia rodzina | Jak kura pazurem…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s