Tropiciel

.

.

Tytuł: Tropiciel

Autor: Małgorzata Lisińska

Czyta: Wojtek Masiak

Genius Creationes, 2017

.

.

.

.Sodi Yudherthardere, dla przyjaciół i ludzi z problemami wymowy po prostu Sodi, to krasnoludzki Tropiciel ze słabością do kobiet, alkoholu, złota, bijatyk i magii (dosłowną). U boku Yasy (najpotężniejszego żyjącego maga) i Likal (seksownej, potężnej i kompletnie nim niezainteresowanej uczennicy maga) wyrusza w podróż po Krainie, a w drodze przeważnie cierpi na migrenę. Niczym bohaterowie bajek, tylko zupełnie inaczej, ta trójka stawia czoła wyzwaniom godnym herosów.
Książka dla czytelnika dorosłego lub posiadającego certyfikat znajomości łaciny podwórkowej!

Tyle opis wydawcy. I tak naprawdę trudno coś więcej o tej książce powiedzieć. Małgorzata Lisińska nie bawi się bowiem w kreację świata, po prostu bohaterowie pojawiają się w jakimś miejscu w celu wypełnienia zadania powierzonego przez królową. Początkowo, później podróżują także we własnych sprawach. „Tropiciel” to powieść, złożona z opowiadań. Mimo wszystko to jednak powieść a antologia, ponieważ z czasem opowiadania coraz ściślej łączą się ze sobą. Przygody bohaterów polegają na tym, że  zastają oni sytuację, jaką znamy z dawnych baśni, po czym okazuje się, że tak naprawdę to wszystko wygląda zupełnie inaczej niż było w baśniach. Kiedyś podobny zabieg zastosował Terry Pratchett w „Wyprawie czarownic” ale u niego po coś to było, tutaj jest po prostu zabawa baśniami. No i jeszcze w „Wyprawie czarownic” były na osłodę Babcia Weatherwax, niania Ogg i Margat, dzięki którym łatwiej było mi znieść tak nielubiane przeze mnie bajki. Tymczasem w „Tropicielu” mamy: krasnoluda, który z jednej strony ma w sobie tropiciela magii, z drugiej zaś – potworne bóle głowy od choćby najlżejszego zaklęcia. Chociaż podróżuje i wypełnia misje zlecone przez władczynię, to najchętniej zaszyłby się gdzieś, gdzie w razie potrzeby będzie miał co wypić i zjeść (z akcentem na to pierwsze) i chędożył, chędożył, chędożył wszystko co się rusza i nie ucieka na drzewo.  Towarzyszy mu Yasa, przedwieczny, najstarszy żyjący mag, który wprawdzie nie marzy o ciągłym chędożeniu wszystkiego co się rusza, za to wśród przedstawicielek płci pięknej, bez względu na gatunek jaki reprezentują, budzi pożądanie. I tak się jakoś składa, że nawet jak nie chce, to musi chędożyć… choć tak naprawdę nie chce tylko z początku, później to już tak się trudno rozstać. No i trzecia postać z tej radosnej trupy – Likal, dziewczyna, którą Yasa niby się opiekuje, a która posiada moce silniejsze nawet niż jego. Chyba najciekawsza postać z tej trójki. Jeśli powstanie druga część „Tropiciela” to chyba z ciekawości jak się dalej potoczą jej losy, przesłucham.

Niby wiem, że mężczyznom to tylko jedno w głowie (co niejeden mężczyzna szczerze przyznał) ale przecież nie mamy do czynienia z powieścią obyczajową, więc chociaż w literaturze fantastycznej przyjemnie by było, gdyby poza chędożeniem jeden z drugim myślał o czymś innym. No dobrze, żeby chociaż poza chędożeniem, piciem, jedzeniem i spaniem myślał o czymś innym.

Wprawdzie wydawca ostrzega, że książka dla osób dorosłych i posiadających certyfikat znajomości łaciny podwórkowej. Zasadniczo spełniam oba te kryteria, co nie oznacza, że lubię słuchać lub czytać teksty, w których łacina zastępuje większość słów posiadających cenzuralne odpowiedniki. Jestem z tych, dla których rzucanie mięsem ma sens o ile jest uzasadnione. W większości przypadków rozmów krasnoluda z magiem tego uzasadnienia nie widziałam.

Wiem, teraz może nasunąć się pytanie, dlaczego po prostu nie przerwałam słuchania w połowie lub wcześniej. Otóż powody były  dwa. Po pierwsze „Tropiciel” towarzyszył mi w przedświątecznych przygotowaniach, więc nie bardzo miałam czas by myć ręce, dokładnie je suszyć i przeszukiwać storytel w poszukiwaniu czegoś lepszego, nie mając w dodatku gwarancji, że to, co wybiorę rzeczywiście będzie lepsze. Po drugie – i najważniejsze – kiedy czyta Wojtek Masiak to ja zawsze dosłucham do końca. Po prostu ma człowiek głos, którego mogę słuchać, słuchać, słuchać… nawet jeśli to, czego słucham nie do końca mi pasuje. Dla porządku dodam, że z dykcją też wszystko jak najbardziej w porządku i pięknie i wyraźnie wymawia pełne nazwisko tytułowego bohatera.

Reklamy

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii audiobooki i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s